Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


trenowałem w Katimie, wziąłem je na wyprawę. Pierwszemi zwierzętami, które łowiłem, były zebry, jako najłatwiejsze do forsowania, a trzymające się stale w stepach, więc pod względem terenu najdogodniejsze. Wyjeżdżałem zwykle opowiada mój towarzysz dalej sam. W ręku miałem krótkie lasso i dłuższy silny sznur, potrzebny do związania złapanej zwierzyny. Nie takie to łatwe, jak się to wydaje, zbliżyć się do zwierza na tak bliski dystans, by pętlicę na szyję zarzucić. Pierwsze też próby i starania spełzły na niczem. Największa trudność polegała na kierowaniu koniem, który zawsze w ostatniej chwili nieodpowiednim ruchem uniemożliwiał mi zarzucenie pętli. Jednak konie po pewnym czasie jakby zrozumiały, o co mi chodzi i często z własnej inicjatywy w tych parforsach mi pomagały. Gdy już konie były wytrenowane, znacznie łatwiej mi szło podjeżdżanie na bliski dystans.
Pierwszą moją zdobyczą była młoda zebra, którą z triumfem przyprowadziłem do obozu. W niedługim czasie złapałem ich więcej. Chciałem do mego zwierzyńca wprowadzić tylko po parze z każdego rodzaju, więc o ile dla wprawy więcej tych samych zwierząt złapałem, to zaraz je znowu puszczałem na wolność.
I tak powoli mój zwierzyniec zaczął się napełniać. Miałem wildeabesty, stosunkowo łatwe do łapania, kilka elandów, które trzeba było godzinami forsować, nim pozwoliły się zbliżyć, impale, oribi, hardeabesty. Wszystko to zgodnie żyło w Katimie, oczekując na transport do Kapsztadu. Ale te stosunkowo łatwe zdobycze nie zadowalały mnie jeszcze. Mojem marzeniem były kudu i sable,