Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


szem a zarazem najstraszniejszem zwierzęciem Afryki a mojem od lat myśliwskiem marzeniem.
Ze strachem liczę dni, które mi jeszcze pozwalają zostać w tej cudownej krainie. Pozostaje ich tylko 10! Wspaniałe chwile mogę przeżyć w tym okresie, gdzie każdy dzień coś nowego i pełnego emocyj może przynieść.
Wracamy tą samą drogą. Wjeżdżamy jadąc lasem, w sam środek dużego stada zebr. Chwilę stoją jak skamieniałe i jakby dziwiły się, skąd nagle podobne do nich stwory w dżungle zawitały. Gdy jednak murzynów spostrzegły i nas zwietrzyły, prysły w las i długo słyszeliśmy tętent uciekającego stada. O ile teren pozwalał, wypuszczaliśmy nasze konie galopem. Mimo, że niepozornie wyglądały, tempo miały dobre i wielką wykazywały wytrzymałość. Na nich to mój towarzysz forsował różne antylopy i żyrafy. Proszę go, by mi trochę o tych niezwykłych parforsach opowiedział.

— Myśl łapania dzikich zwierząt — zaczął Blake — powziąłem kilka lat temu, gdy przesycony już strzelaniem i zabijaniem, zapragnąłem nowych emocyj. Chęć urządzenia sobie prywatnego zwierzyńca u siebie w Kapsztadzie oddawna mię nęciła. Wiedziałem, że wtem trudnem polowaniu dobry koń jest podstawą powodzenia, to też przez dłuższy czas nabywałem odpowiedni materjał koński, przyzwyczajałem go do klimatu i do uciążliwych gonitw w stepach. Koń musiał być ujeżdżony jak w cyrku, spokojny, reagujący na nogi, gdyż w chwili przybliżenia się do ściganego zwierzęcia obie ręce musiałem mieć wolne. Gdy już doszedłem do trzech koni, które wychowałem i wy-