Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


czołgał, a dla fotografowania prawie cały musiałem się z poza krzaka wysunąć i to kilkakrotnie. Po napiciu się, żyrafa z pionowo wyciągniętą szyją zapadła jakby w rozkoszną zadumę, z dobre dziesięć minut, i tak bez ruchu sterczała. Musieliśmy niestety iść dalej. Mój towarzysz łamie w ręku suchą gałązkę; w jednej chwili żyrafa robi pirueta i ciężkim galopem znika w gąszczach. Jeszcze przez chwilę widzimy ponad dżunglą rozkołysaną szyję i piękny łeb, który niebawem znika w wysokich drzewach.
Wychodząc z naszej kryjówki, potykam się o twardy przedmiot, wystający z piasku. Zaczynamy grzebać i po chwili wydostajemy wspaniałe rogi starego bawołu wraz z czaszką i częścią kręgosłupa. Prawdopodobnie padł on ofiarą lwów. Łatwo sobie wystawić i zrekonstruować ten dramat. Wysoki brzeg polany doskonale nadawał się do zasadzki i lew jednym skokiem był na swej ofierze, przegryzając mu kręgi. Zimno się robi, patrząc na te kręgi grubości męskiego przedramienia. Nie byle jakie ząbki trzeba mieć, by te kosteczki przetrącić.

Nareszcie po pięciogodzinnym marszu docieramy do Jove. Jest to duży staw, zarośniąty szuwarem, z którego setkami wyrywa się błotne ptactwo, napełniając świat wrzaskiem i piskiem. Obchodzimy go wolno dokoła, badając tropy. Ostatnia moja nadzieja prysła, bawołów ani śladu. Cały brzeg jeziorka stratowany literalnie przez żyrafy i antylopy. Widać też wyraźnie mnóstwo zeszłorocznych śladów słoni. Rozpacz mnie ogarnia. Widocznie nie będzie mi danem spotkać się z bawołem, tym upragnionym bawołem, najpiękniej-