Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/150

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


między nimi prawdziwy olbrzym, wielki samiec z dużemi kłami. Mój towarzysz postanowił go dostać. Cała trudność polegała na tem, że mądry samiec zawsze trzymał się w pośrodku stada, nigdy nie wychodząc bez otoczenia płci pięknej i dziatwy.
Zaczął się prawdziwie trudny podchód do samca z ostrożnem obchodzeniem innych sztuk. Całe szczęście, że podchód ułatwia wysoka trawa. Nieraz Blake ocierał się o poszczególne sztuki; najgorsze a zarazem najniebezpieczniejsze były jak zwykle matki z młodemi. Po kilkugodzinnem przedzieraniu się, mając na wszystkie strony stada słoni, mój towarzysz szczęśliwie podczołgał się w sam środek stada tuż obok starego pana. Na kilka kroków strzelił do niego z kolosalnego kalibru 505, mierząc między ucho a oko. W ogniu słoń się wywalił i bez ruchu tak pozostał. Całe stado, spłoszone strzałem, jak trąba powietrzna przeleciało o kilka kroków od mego towarzysza. On, leżąc w trawie, przechodził straszne chwile, ryzykując rozdeptanie przez spłoszone zwierzęta. Szczęśliwie stado pomknęło, nie zważając na niego. Kilka kroków dalej leży wspaniały zwierz i dopiero teraz miarkuję, jakie Blake zdobył trofeum. Powoli murzyni nadchodzą, konie i pani Blake z aparatem fotograficznym. Szczegółowo ogląda słonia, mierząc kły etc. Nareszcie Blake gramoli się przy pomocy murzynów na grzbiet i pani Blake go fotografuje. Murzyni niedaleko rozpalają ogień i rozkulbaczają konie. Nasyciwszy się widokiem powalonego słonia, wszyscy odchodzą do ogniska i tam odpoczywają, pilnując murzynów, którzy przygotowują prowizoryczny nocleg, gdyż zbytnio są oddaleni od obozu i mają zamiar spędzić noc