Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/15

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Dla prawdziwych sportowców jest duża sala gimnastyczna. Tam też różni szampioni zawzięcie trenują. Amatorowie konnej jazdy mają stalowego rumaka, który za pociśnięciem odpowiedniego guzika przechodzi w kłus i galop. Nieraz się uśmiałem na widok poważnej matrony, która z powagą wielką dosiadała tego rumaka, by po godzinnem skakaniu wmówić sobie i innym, że to naprawdę przyjemność wielka, no i korzyść dla zdrowia.
Może najpiękniejszy był basen do pływania. W mozaikowej sali mieściła się pływalnia. Z 40 metrów długa, prawie tak samo szeroka, z głęboką wodą, dawała stale rozkosz niebywałą, gdy po upalnym dniu można było w tę niebieską toń skoczyć. Nieraz odbywały się tam turnieje pływackie i mogłem podziwiać niebywałych wprost wodnych akrobatów.
Ale o dwunastej syrena okrętowa dawała znać, że coś ważnego dzieje się na okręcie. Lećmy zobaczyć. Tłum pasażerów rozgorączkowany ciśnie się do jakiegoś dżentelmena, który stojąc na krześle, zachrypłym od zmęczenia głosem wywołuje jakieś cyfry. Naturalnie! Zakłady. Przecież żaden szanujący się Anglik bez zakładów żyć nie może, więc i tu na środku oceanu musiano coś wynaleźć gwoli upodobaniu synów Albionu.
Otóż zakłady idą o to, ile okręt przez ostatnie 24 godzin mil przepłynął. Na dużej czarnej tafli widnieje cyfra mniemana, podana przez kapitana, zwykle najbardziej prawdopodobna. Krzyczący dżentelman sprzedaje cyfry, powiedzmy od 180 do 220. Liczba kapitana jest n.p. 200. Bardziej oddalone cyfry niechętnie są drogą licytacji wykupywane, ale gdy zbliża się cyfra kapitana, to jakby szał ogarnął całe towarzystwo, i sumy po-