Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/149

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


VIII

Upał tego dnia zupełnie niebywały. Jedziemy odkrytym stepem bez żadnego cienia. Z dziesięć godzin będziemy mieli tę przyjemność. Trudno wprost oddychać, nawet mnie, który zawsze twierdzę, że upał to najpiękniejsza temperatura na świecie, ale tym razem jest mi naprawdę gorąco. Mimo to w dobrych humorach posuwamy się naprzód, mając nadzieję coś ciekawego zobaczyć. Słucham podczas jazdy opowiadań mego towarzysza, boję się je powtarzać, bo napewno większość czytelników posądzi mnie o blagę, ale człowiek, który od 16-tu lat pół roku przebywa stale w najniedostępniejszych dżunglach afrykańskich, ten naprawdę traci ochotę do blagi i przesady.
Za dużo przeżył, za dużo widział rzeczy wielkich i groźnych, by wysilać się jeszcze na nieprawdopodobne i niezgodne z prawdą obrazy. Ułatwia mi opisywanie tych zdarzeń fakt, że nie moje to przeżycia i nie moja zasługa, tylko wiarygodne opowiadania jednego z najsławniejszych myśliwych Południowej Afryki.
Właśnie przejeżdżamy obok miejsca, w którem mój towarzysz miał szczególną przygodę ze słoniem.
Otóż kilka lat temu w tej okolicy przebywało wielkie stado słoni, złożone z kilkudziesięciu sztuk,