Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


konia. Zamiast go oglądać rewiduje murzynów i znajduje zawiniętego w trawę żółwia. W jednej chwili murzyn dostaje bambusem po plecach i żółw znika w jeziorku. Nie bardzo rozumiem całą tę scenę. Dopiero mój towarzysz wieczorem mi ją wyjaśnił. Mały ten żółw wydziela z siebie bardzo nieprzyjemną i silną woń, która ma przypominać zapach dzikich zwierząt. Woń ta zawsze przerażająco działa na zwierzęta domowe, powodując często ogromne paniki i szkody. Murzyni dobrze o tem wiedzą, ale chęć zjedzenia przysmaku silniejsza jest od zakazu i często znoszą w nocy żółwie do swoich ognisk, powodując zawsze zaniepokojenie u zwierząt.

*

Wieczorem długo rozprawiamy o murzynach, rasach i murzyńskich obyczajach. Najbardziej dopytywałem się o ludożerstwo. Na moje zapytanie, czy jeszcze zjadanie ludzkiego befsztyka jest w modzie, mój towarzysz przywołał starego, siwego zupełnie murzyna, który od lat wielu towarzyszył mu w jego wyprawach i piastuje w Katimie urząd ogrodnika. Każe mu opowiadać, jak to było za młodych lat. Równocześnie tłumaczy mi na angielski język opowiadanie.
Okazuje się, że smak ludzkiego mięsa nie jest mu obcy. Przypomina sobie dokładnie te wielkie uroczystości nad Zambezi. Przeważnie jadano zabranych niewolników, a w braku tychże usłużny czarownik zawsze wynalazł we wsi sprawcę jakiegoś nieszczęścia, przeważnie tłustego jegomościa, którego skazywano na śmierć. Sądzenie zawsze trwało długo, a przez ten czas biedak był godnie jeszcze dotuczany.