Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


krowy, więc uderzenie tej masy byłoby straszne. Podczas tej corridy dziwnym zbiegiem okoliczności wszyscy murzyni poznikali i dopiero, kiedy roan leżał zabity, powrócili.
Przygoda ta wzmocniła we mnie przekonanie, że wszystko w Afryce jest niebezpieczne, że ranne zwierzę prawie zawsze człowieka atakuje, że biały myśliwy w razie niebezpieczeństwa tylko na siebie samego może liczyć. Cieszę się jednak z oryginalnego dubleta i pięknych rogów. Następuje fotografja już bezpieczna i ruszamy dalej. Dobrze, że mój doskonały aparat, który odbył nieoczekiwaną podróż lotniczą, cało wylądował na trawie.

Docieramy do Sicomby. Tropów wszędzie dużo, najwięcej żyraf i naturalnie wildeabestów. Płoszymy w szuwarach dwa dziki, do których nie zdążyłem strzelić. Odpoczywamy w cieniu. Upał aż drga w powietrzu. Podziwiam cudny krajobraz, a szczególnie stawek, pokryty dywanem żółtych wodnych lilij. Lecz czas wracać. Murzyni cały czas szukają za czemś w bagienku i jeden z nich z okrzykiem triumfu wyciąga małego wodnego żółwia. To ich ulubiony przysmak. W chwili siadania na konia wierzchowiec staje dęba i wyprawia dzikie harce. Z trudem go uspokajam, ale co chwilę chce ponosić i szalenie jest zaniepokojony. Nic nie rozumiem, bo to koń tak wyjątkowo spokojny, niczego się nie bojący, nawet strzałów na bliski dystans. Całą też drogę borykam się z wierzchowcem i część drogi zmuszony jestem odbyć pieszo.
Żal mi tego pięknego konia, tak cały przyszedł do obozu spocony i drżący. Zastaję w obozie Blake’a, który zaraz zauważył nienormalny stan