Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/143

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


przewróciła, druga w tej samej chwili z pod niej się zerwała i tę drugą w galopie zabiłem. Mam już strzelać, by skrócić męki biednemu zwierzęciu, gdy nagle roan wstaje i, chwiejąc się na wszystkie strony, spokojnie stoi. Lecę do murzynów, porywam aparat i wracam. Roan ciągle stoi wtem samem miejscu, ale jakoś pewniej i ze złością mi się przygląda. Mam sztucer zasekurowany na ramieniu, w ręce aparat fotograficzny. Robię szereg zdjęć i w ferworze fotograficznym ciągle się do rannej sztuki zbliżam.
Mam zamiar zrobić ostatnie zdjęcie z frontu i to na bliski dystans. Podchodzę może najdalej na 10 kroków i chcę właśnie fotografować, gdy raptem roan w błyskawicznem tempie zaszarżował. Była to chyba sekunda jak czuję, że zwierz jest już na mnie. Trzymając oburącz aparat jak toreador w ostatniej chwili w bok uskakuję. Uratowało mi to życie, gdyż w tej chwili mignęły mi się rogi przed twarzą. Jeden z rogów przechodzi między piersią a aparatem fotograficznym, który wylatuje w powietrze i spada o kilka metrów odemnie.
Zrywam z ramienia strzelbę, ale nie mam czasu strzelić. Antylopa nawraca, choć w trochę wolniejszem tempie i ponownie atakuje. Odskakuję znowu i roan sapiąc przelatuje obok mnie jak lokomotywa. Nim znowu zawrócił, miałem strzelbę gotową do strzału i przy trzeciej szarży à bout portant strzeliłem w kark i to na tak bliski dystans, że skóra była przypalona.
Ochłonąwszy z przeżytych emocyj, podziwiam wspaniałe rogi, z pewną rezerwą dotykam ostrych końców, które o mało mię nie przebiły przed paru minutami, a że to stworzonko większe od naszej