Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


przez dużą polanę z wysokiemi trawami, gdy z wysokości konia spostrzegam na chwilę wystające z traw rogi. Mimo, że długi czas obserwuję przez szkła, nie mogę rozeznać, co to za antylopa, gdyż tylko czasami ukazują się końce czarnych rogów. Schodzę z konia i z pomocą murzynów wdrapuję się na wysoki kopiec termitów. Pół siedzę, pół leżę w niewygodnej pozycji, a z dołu murzyni trzymają mnie za nogę, bym nie zleciał. Z tego wysokiego stanowiska obserwuję dalej widniejące ponad trawami rogi. Na szczęście był mały wiatr, który poruszał trawy. Miałem wrażenie, że patrzę na morze, bo trawa falowała jak woda. Gdy taka fala przechodziła, dokładnie mogłem dojrzeć kark antylopy, oddalonej o 150 kroków; rozpoznałem roana. Czekam spokojnie na ukazanie się całego zwierzęcia i w odpowiedniej chwili strzelam. Przy tej sposobności o mało co nie spadam z mego piedestału. Odzyskuję równowagę i widzę, że roan wielkimi susami mknie na skos odemnie. Strzelam ponownie i z radością konstatuję, że ruluje w ogniu. Niestety krowa, ale rogi piękne jak u byka, trochę może cieńsze, lecz zato dłuższe. Odcinam rogi i już mamy ruszyć w dalszą drogę, gdy jeden z murzynów zaczyna krzyczeć i pokazuje mi ręką kierunek, gdzie strzelałem pierwszy raz, oddalony od leżącej sztuki o dobre 200 kroków. Ze strzelbą gotową do strzału ostrożnie idę w tę stronę. Nie spodziewałem się tego widoku. Wspaniały roan ciężko ranny siedzi na zadzie i gniewnie parska. Teraz wszystko zrozumiałem. Zrobiłem dublet, sądząc, że dwa razy strzelałem do tej samej antylopy. Okazuje się, że były dwie antylopy, z których jedna pewno leżała. Pierwsza na miejscu się