Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/141

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


dużym kopcem termitów. Dwie jeszcze kule przeleciały koło nich. Bał się ruszyć, bo nie wiedział, czy to koniec tego huraganowego ognia, nie wiedział także, kto strzela i dlaczego właśnie jego wybrano na cel. Hardeabest zupełnie zdrowy o kilka kroków od ich kryjówki się przesunął. Skończyło się wszystko dobrze, ale jak łatwo mógł być przypadek. Swoją drogą wyjątkowy pech. Będąc w części Afryki najmniej zaludnionej, o 15 km od obozu puścić właśnie cztery kule prosto w swego towarzysza, to niebywały zbieg okoliczności.
Wracając do obozu spostrzegamy daleko na stepie dwa czarne punkciki. Przez szkła poznaję dziki. Korzystam z wysokich traw i wygodnie podchodzę. Strzelam do większej sztuki, która na miejscu ruluje, do drugiej w galopie chybiam. Dobry wycinek z szablami ponad ryj zakręconemi. Afrykańskie dziki, zwane „nidri“ lub fakoszczy Phacochoerus, mniejsze są od naszych europejskich i daleko szpetniejsze. Prawie całą głowę pozbawioną owłosienia pokrywają olbrzymie brodawki, co nie dodaje uroku. Dziki te uważane są za bardzo niebezpieczne, gdyż ranne, prawie zawsze atakują, a że szable mają znacznie dłuższe od naszych odyńców, więc cięcie zwykle bywa fatalne.

*

Na drugi dzień wybieram się na całodzienną wyprawę i mam zamiar dojść do małego stawku Sicomba, oddalonego od nas o przeszło 20 km. Nie myślałem, że tyle emocji przeżyję, będąc sam w dużem niebezpieczeństwie.
Idziemy więc przez las, mając nadzieję natknąć się na kudu albo na sable. Właśnie przechodzimy