Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


rować się w stronę obozu, bo jesteśmy oddaleni od niego przynajmniej o 15 km. Z konia widzę na jakie 200 kroków pięknego byka hardebest’a. Stoi jak posąg na skraju lasu frontem do mnie ja byłem w lesie i dokładnie go widziałem. Zeskakuję z konia, porywam strzelbę, lecz już za późno, antylopa mknie w step. Na daleki dystans strzelam w pełnym pędzie cztery razy, niestety bez skutku, bo widzę, że mój hardebest znika w pełnym galopie w przeciwległym lesie, oddalonym o dobre pięć kilometrów od miejsca strzału. Za uciekającym zwierzem patrzyłem przez szkła i w chwili, kiedy znikał w lesie mimo silnego Zeissa wydawał mi się jak punkcik. Dla pewności długi czas idę za tropem, a że był to kierunek obozu, postanawiam tropić aż do lasu.
Po kilkunastu minutach nagle zamieram z przestrachu. W prostej linji strzałów pod lasem spostrzegam samochód mego przyjaciela, ale widzę tylko wóz, a nikogo z ludzi. Uczucie straszne. Zdaję sobie sprawę z możliwego niebezpieczeństwa. Biegnę co sił starczy w stronę wozu i gdy już blisko niego jestem, słyszę krzyki i widzę, jak Blake wraz z trzema murzynami wychodzi z za wysokiego termitu, gdzie dłuższy czas przeleżeli. Mój towarzysz wściekły podchodzi do mnie, ale widząc moją przerażoną minę parska śmiechem i opowiada mi całe zdarzenie. Jak zwykle pojechał w step zakładać sidła na te przeklęte przepiórki. Właśnie zatrzymał samochód, gdy pierwsza kula bzyknęła mu koło głowy i uderzyła w pobliskie drzewo. Druga kula o mało nie trafiła murzyna, który siedział z tyłu, biedak jeszcze trząsł się ze strachu. Blake nie czekał na dalsze strzały, tylko położył się wraz z murzynami w mały rowek za