Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


wają. Wyjątkowa susza tegoroczna jeszcze je trzyma w Angoli i dopiero za miesiąc pewno tu zajdą.
Wychodziłem zawsze z założenia, że nigdy nie jest się dosyć ostrożnym w strzelaniu kulą i do przesady uważałem na każdy strzelony kulą nabój. Ile to dzików w życiu bez strzału puściłem przez zbytnią ostrożność, i jak się później okazało, zupełnie niepotrzebnie. Za młodych lat, wyjątkową miałem pod tym względem szkołę. Mój ojciec, sam wytrawny myśliwy, nie żartował z obchodzeniem się z bronią. Pamiętam, że będąc już po maturze, raz na polowaniu na zające w lesie, strzeliłem nie dosyć w tył do zająca, który przez Iinje przesadzał. Polowanie to smutno się dla mnie skończyło, bo nietylko że musiałem przestać strzelać tego dnia, ale na trzy tygodnie moje strzelby były na klucz zamknięte. Dzisiaj wdzięczny jestem za wyrobienie etyki myśliwskiej i za przeświadczenie, że, mając broń kulową w ręku, nie można jej bagatelizować, a trzeba zawsze być ostrożnym do ostateczności. Są jednak wypadki zupełnie niesamowite. Jeden taki miałem na drugi dzień po zabiciu pierwszej zebry.

Jak zwykle o świcie konno wyruszam za „sable“. Godzinami tropienie bez rezultatu. Spotykam wielkie stado zebr w lesie i to na bliski dystans. Na stepie moc wildebest’ów, do których już nie strzelam. Na lazurowem niebie setki sępów, krążących nad zabitym wczoraj wildebest’em, prawie już na strzępy rozszarpanego przez sępy. Udaje mi się w trawach blisko podejść i za gniazdem termitów na kilka kroków robię szereg zdjęć sępów, które walcząc zaciekle na ciele antylopy, ciekawy przedstawiały widok. Około trzeciej zawracam, by kie-