Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


z najpotrzebniejszemi narzędziami chirurgicznemi. Zimno mi się trochę robi, widząc te świecące cacka. Wybieram długi lancet. Według całej sztuki medycznej wychodząc z założenia, że antyseptyka to grunt, gotujemy narzędzia. Pani Blake ma trzymać lustro, mój towarzysz głowę. Boję się piekielnie, nie chcę jednak się do tego przyznać, to też cicho znikam w namiocie i wypijam sobie na kuraż pół szklanki czystej whisky.
Widzę, że i moim towarzyszom nie raźno, więc proponuję jak gdyby nic whisky. Propozycja ta zostaje przyjęta z ochotą. Drugie pół szklanki ma ten rezultat, że otrzeźwia mię z pierwszej dawki. Ale trzeba zacząć. Ostrożnie wyszukuję miejsce, gdzie lancet trzeba wbić, by natrafić na wrzód. Najgorsze, że nie można zamknąć oczu ani zacisnąć według przysłowia zębów. Trudniejsza to rzecz, niż myślałem. Pierwsze cięcie za małe, powoduje tylko wytrysk krwi, a czuję, że nawet połowy drogi nie ujechałem. Nagle widzę, że lustro dziwnie się chwieje i po chwili pani Blake siada na ziemi i czuje się niedobrze. Zmienia się pacjent. Ja, zakrwawiony, z moim towarzyszem prowadzimy ją do namiotu, gdzie pokrzepiona whisky, dochodzi do siebie, ale nic o operacji nie chce słyszeć. Murzyn teraz trzyma lustro. Jedno silne pchnięcie i mimo, że mocno trzymany, walę się na ziemię prawie nieprzytomny z bólu. Zaraz czuję jednak wielką ulgę, mimo że silnie krwawię, i zasypiam snem kamiennym.
Na drugi dzień czuję się już dobrze i po obiedzie wyjeżdżamy zbadać teren i tropy. Naturalnie pierwsze spotkane zwierzęta to wildbest’y. Chybiam do oribi, i na wielki dystans zabijam kulą dziką gęś. Wracając, widzimy pierwszy raz dwie