Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


wyrośnięci, zwinni, bardziej inteligentni wnet najdokładniej wskazują nam drogę, Zabieramy ich na wóz. Najstarszy siedzi obok nas; podziwiam cudowną muskulaturę i lśniące jak heban ciało. Spokojnie z wyciągniętą przez cały czas jazdy ręką wskazuje nam drogę wśród gęstego lasu.
Po godzinnej jeździe, wyjeżdżamy na małą polankę. Zdala lśni jeziorko, nad niem rozbijamy namioty. Okolica nie tak ładna jak w Ivirnhie. Dżungla może dziksza, ale bez kwiatów i uroku. Natychmiast prawie nieprzytomny idę do łóżka, mam silną gorączkę, oka prawego już nie mogę otworzyć, taki jestem spuchnięty. Noc mam straszną, wsłuchuję się w wichurę oraz deszcz, który późną nocą zaczął padać. Wiem, że będę musiał leżeć, więc aura mi obojętna. Rano czuję się tak fatalnie, że wołam moich towarzyszy i proszę o konsyljum. Widzę, że moja fizjognomja robi na nich wrażenie. Podają mi lustro. Ładny widok! Dynia, nie twarz! Postanawiam zrobić coś radykalnego, bo może być jakieś zakażenie, zanadto jestem zmieniony. Nasze konsyljum, w którem i ja biorę udział, orzeka, że mam wrzód pod samem okiem, który posuwa się ciągle w górę i może zagrozić oku a nawet dojść do mózgu. Trzeba przeciąć. Ale jak? Chyba tylko przez usta wbić nóż między zębami a wargą i to na dobre dwa centymetry, bo wrzód wyjątkowo wysoko.
Nie chce się nikt podjąć tej bądź co bądź ryzykownej operacji. Decyduję się sam tę operację przeprowadzić. Ale łatwiej zdecydować, niż wykonać. Przekonałem się, że dobra wola nie zawsze może doprowadzić do skutku. Blake przynosi pudło apteczne. Wyjmuje jodynę, watę, wodę utlenioną i inne chemikalja, oraz śliczne pudełeczko