Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/134

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Palimy ogień, by wskazywać towarzyszom nasze miejsce postoju. Korzystam z tej okazji i grzeję kaszę. Zaczynam być naprawdę niespokojny o moje zdrowie, bo puchlizna zwiększyła się tak, że ust otworzyć nie mogę. Słyszymy nareszcie głosy i niebawem wyłaniają się z chaszczy murzyni i Blake.Nie bardzo się zorjentowali, ale jednogłośnie uchwalili jakiś kierunek, więc ruszamy. Mam ciągłe wrażenie, że jedziemy trochę naoślep.
Nagle mój towarzysz poznaje duże drzewo, gdzie zabił kilka lat temu słonia. Natychmiast zmienia kierunek i już pewno jedziemy dalej. Trafić jednak do małego stawku, ukrytego w dżungli, nie tak łatwo, można bowiem o kilkadziesiąt metrów od niego przejechać i nie zauważyć go. Boję się że znowu trzeba będzie nam rozbić namioty w pobliżu bez wody. W pewnej chwili słyszymy ujadanie psa.Murzyni lecą w tę stronę i za chwilę wloką ze sobą starego murzyna. Zupełnie zdziczały, na widok warczącego samochodu z piskiem rzuca się na ziemię. Ani rusz się z nim dogadać. Zatrzymujemy motor, niewiele to pomaga. Częstujemy go tabaką, ani rusz; leży na ziemi i wzywa na pomoc swoich bogów. Doprowadzony do pasji, — a ciemno już się zaczyna robić, — mój towarzysz swoją nieodzowną trzcinką bambusową wali go kilka razy po plecach. To skutkuje, bo zaczyna bełkotać, choć ciągle leży na ziemi. Murzyni wpychają mu do nosa ogromną porcję tabaki. To go otrzeźwia; kichając, przyrzeka przyprowadzić swego syna.
Czekamy długą chwilę. Z gąszczów wyłania się cudowne zjawisko. Piękny, młody murzyn z assagajem wraz z trzema chłopcami zbliża się do nas. Na kilka kroków wbijają assagaje w ziemię na znak pokoju. Wspaniałe typy. Z innej rasy jak Bantu,