Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/133

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


z nich dumni. Mój stały tropiciel nazywa się Sicabumba. W języku sikololo oznacza to „Gruby brzuszek“. Przezwisko stąd poszło, że kilka lat temu podczas jednej z wypraw mojego towarzysza zgłosił się dziesięcioletni murzynek, proponując swoje usługi. Przyszedł tak niebywale najedzony, że pękata brzuszyna była przyczyną do dania mu takiego nazwiska.
Nigdy nie zauważyłem, by murzyni między sobą inaczej się wołali, jak po imionach, nadanych im przez ich pana. Nie można jednak zmieniać im raz już nadanych imion. Uważaliby to za wielką degradację i hańbę.
Niebardzo się cieszę z tej jazdy, bo cierpię mocno. Cały obandażowany, z dużym workiem kaszy na twarzy. Ruszamy, żegnani okrzykami „Police Man’a“. Jazda, którą obiecaliśmy sobie odbyć w wygodnych warunkach, okazuje się fatalną. Po godzinnej jeździe wjeżdżamy w zupełnie rozmiękły step. Widocznie w tej części kraju więcej musiało padać. Co chwila grzęźniemy w błocie. Podkładamy drągi, murzyni pchają, ale to niewiele pomaga. Decydujemy zjechać ze stepu i jechać przez las. Wiem, co to znaczy, ale trudno. Mój towarzysz nie chce słyszeć o powrocie. Odważnie pakujemy się w gąszcze i jedziemy według — niby naprawionej — busoli.
Głowa mi pęka z bólu wszystko mi jedno, co z nami będzie. Teren straszny, ale brniemy ciągle dalej. Około pierwszej spostrzegam, że nie wszystko w porządku. Ładna historja, znowu zabłądzimy. Stajemy w gąszczach, wszyscy murzyni i mój towarzysz rozchodzą się w różne strony, by zbadać okolice. Trwa to dwie godziny. Na wozie zostaje tylko pani Blake i ja.