Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/132

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


dam gorące okłady i z przerażeniem konstatuję, że zaczynam puchnąć. Na drugi dzień jest mi gorzej. Jest zapalenie okostnej, a to może trwać długo. Mimo to cały zabandażowany, z kompresem gorącej kaszy na twarzy, wyjeżdżam po obiedzie w step.
Na kilka kroków chybiam do stojącego oribi. Dalej pokazuje się sześć żyraf na skraju lasu. Zabawnie wyglądały ich głowy ponad szczytami drzew. Niestety nie dały się podjechać. Wracając w pełnym galopie, zabijam ślicznego koziołka oribi.
Lecz ząb rwie piekielnie, latam po obozie jak opętany i miejsca sobie znaleźć nie mogę. Wieczorem Blake decyduje, że o świcie zwijamy obóz i przenosimy się do Schelangomy, oddalonej od Ivimby o przeszło 100 km. Mamy jechać cały czas stepem, więc wygodnie się dojedzie. Ma nadzieję, że w tamtej stronie prędzej z lwem się spotkam. Piszemy listy. Murzyn nazwany „Royal Mail“ zaniesie je do Seshek (300 km). Sławny to biegacz i przestrzeń tę odbędzie w niecałe cztery dni. O świcie kończenie pakowania, woły już z saniami dawno poszły, my ruszamy o ósmej. Zostawiamy część bagażu w Anguesi, pilnować ma ich stary murzyn, nazwany „Police Man“.
Prawie każdy murzyn Blake’a ma przezwisko. Trudno bowiem wymawiać ich długie a nieraz bardzo skomplikowane imiona. Zwykle mój towarzysz woła ich według fachu lub jakiejś specjalności. Mamy więc biegacza — „Royal Mail“, dozorcę — „Police Man“, sławnie chciwego murzyna strzelca Blake’a „Schilling’a“, murzyn, który zwykle jeździł samochodem, został przezwany poprostu „Care’m“. Imiona te przyjmują z radością i zostają im właściwie na całe życie i niezmiernie są