Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/13

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


bywają kilometrami spacery po górnym pokładzie. Nie chcę być niedyskretny, więc nie wspomnę o licznych parkach, które godzinami spoczywają w wygodnych fotelach, słusznie wnioskując, że jednak na morzu księżyc ma dziwny urok, a do tego że te noce tropikalne o niewysłowionym czarze i upojeniu lepiej nadają się do towarzyskiej rozmowy, niż upalne białe dni.
Człowiek tak niebywale prędko wchodzi w wir życia i zwyczajów panujących na okręcie, że po skończonej podróży coś mu braknie i jest jakby zdezorjentowany. I słusznie, gdyż dotąd wielki mózg okrętu, a właściwie Towarzystwa, wszystko dla niego robił, by mu było dobrze, miło i wesoło. A tu raptem męcz się biedny człowieku sam i dawaj sobie radę, jak umiesz. A najgorsze to to ciągłe płacenie i wyciąganie pieniędzy z chwilą, kiedy stopa dotknie stałego lądu. Na okręcie wszystko jest zapłacone naprzód. Za napoje i inne drobiazgi przy końcu podróży przynoszą rachunki, i zawsze uważałem, że mniej bolesnem jest zapłacić jeden większy rachunek, niż ten sam kilkadziesiąt razy w mniejszych sumach. Ma się do pewnego stopnia wrażenie, że to tak trochę za darmo.
Ale przejdźmy do trybu życia w naszym nowym domu.
Punktualnie o 7-mej rano steward przynosi do kabiny herbatę z biszkoptami. Jest to zwyczaj czysto angielski. Kilka razy dawałem polecenie, by mnie tą ranną potrawą nie raczył, gdyż zwykle późno szło się spać, korzystając z tych cudownych, chłodnych tropikalnych nocy. Nic nie pomagało. Anglicy zawsze taką ranną herbatkę zapijają, więc i ty, o dziwny cudzoziemcze, pić ją musisz,