Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


dżunglę krzykami „Psiakrew — Psiakrew“. W tej wielkiej ciszy dziennej harmider ten zawsze człowieka do desperacji doprowadza.
Zmęczony i spotniały po kilkugodzinnem tropieniu, a dzień był wyjątkowo gorący, postanawiam odpocząć. Widzę małą polankę z dużym baobabem w pośrodku. Z chwilą, gdym wyszedł na polankę, obok mnie wyskakuje stado impali, niezmiernie rzadkie w tej okolicy, niestety bez kozła, pięć łań w największym pędzie przebiega przez polankę i jak wryte zatrzymują się nad brzegiem lasu. W tej samej chwili z drugiej strony wybiegają cztery łanie kudu i jakby do fotografji stają o kilka kroków za stadkiem impal. Podziwiam ten cudny obraz, gdy raptem widzę wspaniałego byka kudu, jak w pełnym pędzie na brzegu lasu wskakuje w gąszcz. Miałem strzelbę gotową do strzału, więc nim zdążył się skryć zupełnie, strzeliłem. Sikabumba krzyczy, że trafiony, ja mam pewne wątpliwości, bo strzału nie zamarkował. Wolna posuwam się przez polankę cisza dokoła, pewno znowu pudło. Emocje mam nie do opisania, przez ułamek sekundy zobaczyłem wspaniałe rogi i olbrzymie cielsko samej antylopy. Zaraz wiedziałem, że to ten wspaniały byk, o którym murzyni wczoraj donosili. Chcę się zapuścić w gąszcz za śladami, gdy raptem słyszę za sobą tętent. Wspaniały kudu w ciężkim galopie wpada na łąkę i w chwili, kiedy mam strzelić, wywraca się do góry nogami, znowu się zrywa, lecz siły go opuszczają. Dumnie, ze wzniesioną głową patrzy w moją stronę, jakby pokazać chciał, jak pięknie umie umierać. Już na bliski dystans skracam mu męczarnie. Radość szalona. Murzyni ryczą wprost z uciechy, ja zresztą czynię to samo. Zaczynam