Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


du zniknęły. Dyrekcja musiała je kupować, by móc fabrykować serum, tylko dziwiono się ogólnie, skąd nagle tyle tych rzadkich okazów pojawiło się w pobliżu miasta. Dopiero po miesiącu przypadkowo wykryto całą sprawę. Okazało się, że murzyn, długoletni dozorca reptilarjum, najspokojniej w nocy boso wchodził do basenów, wybierał ręką co cenniejsze okazy, pakował do worka i wynosił. Kilka dni potem te same węże wracały drogą kupna na swe dawne miejsce. Zakład się cieszył, a dozorca był też zadowolony. Sprawa ta długo była podnoszona w prasie, naturalnie z wesołemi komentarzami. Swoją drogą ciekawy zbieg okoliczności, że żaden wąż tego człowieka nie zaatakował. Wróciwszy z wyprawy, dowiedziałem się, że dozorca ten wielokrotnie bywał przez swoich pensjonarjuszy gryziony, lecz był tak przesiąknięty zastrzykami serum, że jad zupełnie już na niego nie działał.

Wracając idziemy zobaczyć, czy lampart powrócił do swojej ofiary. Skradam się z całą ostrożnością, lecz kudu zniknęła jak kamfora, a liczne ślady stóp murzynów niezbicie mię przekonały, że moi chłopcy musieli się wygadać i że przynęta na lamparta dawno spoczywa w czarnych brzuchach.Około 4-tej jestem w obozie i zaraz siadamy na samochód, by jechać w step.
Rano mój towarzysz zabił dwa wildbest’y na przynętę. Jedziemy sprawdzić, czy nie naruszone. Jak zwykle lwy nie miały ochoty na przygotowane śniadanie. Objeżdżamy duży kawał stepu, tracimy czas dla głupiej przepiórki, która sprytnie ciągle uciekała, doprowadzając do pasji mego towarzysza. W tym pościgu widzę po raz pierwszy stadko zulu-