Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


VII

Znowu w gąszczu za kudu. Zupełnie już zwątpiłem, czy kiedykolwiek dojdę do strzału. Śladów zawsze pełno, ale teren tak straszny i gęsty, że tylko przypadek pozwoli mi ujrzeć to wspaniałe zwierzę.
Zawziąłem się na dobre i postanowiłem od dzisiejszego dnia codziennie ranek poświęcić polowaniu na kudu aż do skutku. Więc przedzieram się przez kolce za tropem z dobre dwie godziny i już zwątpiłem, czy coś zobaczę, gdy nagle na kilka kroków przeskakuje jednym susem łania, a w tej samej chwili za nią byk. Z pod lunety strzelam w pełnym skoku.
Było to nagłe spotkanie i na bliski dystans, tak że dokładnie wymierzyć było niepodobieństwem. To też znajduję moją kulę w drzewie a kudu poszło zdrowe. Nie miałem też wrażenia, że byk był silny, w każdym razie znacznie mniejsze miał rogi, niż kudu widziany kilka dni temu. Wiedząc, że strzał przeszkodzi mi w dalszem podchodzeniu, wracam do obozowiska. Mamy kawał drogi do przebycia, a że po obiedzie znowu mamy zamiar jechać samochodem w step, więc skracamy sobie drogę, przedzierając się przez najgorsze krzaki. Nagle czuję, że nastąpiłem w trawach jakby na wydętą oponę rowerową, która w jednej chwili z głośnem syknięciem wyrwała się z pod moich