Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Wyjmujemy nasze prowianty i w cieniu pięknych palm jemy śniadanie. Upał nieznośny. Całe powietrze drga i światło tak razi w oczy, że muszę nałożyć czarne okulary, które na szczęście wziąłem z sobą. Fotografuję też z zapałem fragmenty tego cudnego zakątka. Nikt nie umiał mi wytłumaczyć, skąd mogła się wziąć ta oaza palmowa, jedyna na przestrzeni przeszło tysiąca kilometrów. Sądzę, że ptaki musiały kiedyś nasienie tu przynieść, z czego wyrósł zczasem gaj.

Lecz pora do odjazdu. Wracamy tą samą drogą, by móc przejechać drogą leśną. Spotykamy starego byka wildebest’a, ale nie strzelam, gdyż mało mamy murzynów ze sobą i czas nam do domu. Jadąc w dosyć gęstym terenie, nagle Blake gwałtownie skręca wozem i całym gazem przedziera się przez gąszcz. Na pytania nic nie odpowiada i prawie stojąc na kierownicy, bystro rozgląda się na wszystkie strony. W pewnej chwili wóz zatrzymuje, zeskakuje i bada ślady. Krótkie „lew!“, elektryzuje nas wszystkich.
Przez ułamek sekundy mój towarzysz zobaczył w gęstwinie żółtą plamę, nie był pewny czy to lew, czy może jakaś mała antylopa. Po tropach jednak poznał lwa. Nie tracąc czasu całym pędem zaczynamy przejeżdżać teren gęsty w różnych kierunkach, mając nadzieję lwa ruszyć. Jednak przecenił siłę wozu, całym pędem uderzył o grube drzewo w nadziei, że go złamie, lecz stało się przeciwnie i pękł nam żelazny drąg, umieszczony przed wozem, który dotąd nawet grubsze drzewa bez trudu powalał. Tracimy kilka drogocennych minut, gdyż motor stanął i trzeba było drugą sztabę naprędce przyprawić. Ruszamy znowu i nagle murzyni zaczynają krzyczeć „tau — tau“. Teraz i my widzi-