Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/12

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


jasnemi oknami, małe stoliki ślicznie nakryte, wszędzie pełno kwiatów, no i jeszcze więcej służby.
Kapitan z kilkoma oficerami i doktorem okrętowym zawsze osobno jadali, w przeciwieństwie do innych okrętów nie angielskich, na których do stołu kapitana zawsze byli stale proszeni pasażerowie „de marque“.
Przez cały czas jazdy podziwiałem organizację kuchni okrętowej. Podają bowiem kartę, na której widnieje nieskończona litanja potraw. Więc oprócz licznie roznoszonych „hors d’oeuvres“ kilka zup, z dziesięć rodzajów ryb, kilkanaście mięs, jarzyn i legumin, wszystko to figurowało codziennie na spisie. Przy zamówieniu nigdy się nie czekało, gdyż te potrawy wszystkie musiały być gotowe i natychmiast przynoszone.
Wychodzę na pokład już w ciemną noc. Zdala połyskuje jeszcze latarnia z wyspy Wright, jakby nam chciała swym płomykiem przesłać ostatnie pozdrowienie Anglji i starego kontynentu, lecz i ona coraz słabiej widnieje, aż znika zupełnie. Wielki, potężny ocean jest teraz wyłącznym panem naszego istnienia i naszego dalszego losu.


I tak mija dzień za dniem, prawie zawsze taki sam, z tem na sekundę uregulowanem życiem okrętowem, do którego człowiek musi się z precyzją maszyny zastosować.
Lecz nigdy nie jest nudno, niewidzialna ręka kapitana i oficerów wszystko już naprzód przygotowała ku zabawie i rozweseleniu jadących. Oprócz tego szybko zawiera się znajomości, tworzą się kółka i klany, złączone myślą sportów i głośnych zabaw. Drudzy czytają, grają w bridge’a i od-