Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/119

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


fom. Patrząc przez szkła, miało się wrażenie, że to ogród zoologiczny, a nie prawdziwa dżungla afrykańska.
Po tem spotkaniu jedziemy dalej. Teren trochę się psuje. Nieraz musimy przejeżdżać przez gęstwiny oraz przez większy las dosyć gęsty. Szczęściem poczciwe słonie kilka miesięcy temu większą gromadą tędy przeszły, a to zupełnie wystarcza, by przez najdzikszy las samochód względnie wygodnie mógł przejechać. To też zadowoleni zapuszczamy się po leżących wywrotach. Choć samochód skacze jak opętany, posuwamy się ciągle i niebawem wjeżdżamy znowu w step, gdzie już jazda doskonała. Pierwszy raz widziałem spustoszenia, jakie słonie mogą zrobić w lesie. Nieprawdopodobna ich siła. Drzewa i to nie bylejakie złamane jak zapałki, lub powyrywane z korzeniami. Wystawiam sobie najście tych kolosów na plantacje. Sądząc po dużym lesie, spustoszenie musi być kompletne. Miejscami grunt ubity jak droga, a słonie przeszły dobre trzy miesiące temu. Niestety nie mam nadziei spotkania się z tem cudownem dla myśliwego zwierzem. Są teraz w Angoli, oddalone od nas o kilkaset kilometrów, i dopiero za dwa miesiące znowu do Barotse-Land przybędą, kiedy tam już z wodą będzie krucho.
Za chwilę spotykamy ogromne stado wildebest’ów, złożone może z dwustu sztuk. Wielkie zgrupowanie tych zwierząt, tak samo ich kuzynów żubrów pustynnych, oznacza początek masowej wędrówki za karmą i wodą lub też z powodu palącej się gdzieś dżungli. Przejeżdżamy na kilkadziesiąt kroków koło stada, które zupełnie spokojnie nam się przypatruje. Wkrótce dostrzegamy pierwsze palmy. Najpierw niskie i krzaczaste, raczej do kak-