Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


przebywają i tworzą osobny klan, trudno dostępny tak dla Anglika jak i dla cudzoziemca.
Dzisiejszego dnia mamy zrobić dużą wycieczkę. Blake chce mi pokazać cudowną miejscowość Etave. Jest to przepiękny las palmowy, oddalony od nas o 75 km. Wielka rzadkość w tej okolicy, bo poza tem na kilkaset km w otoczeniu palm niema zupełnie. Trochę mi nie na rękę ta jazda, gdyż myśl o lamparcie i pozostawionej przynęcie spokoju mi nie daje. Ale trudno, słuchać muszę mego towarzysza, który nieodwołalnie swoje plany przeprowadza. Ma to swoją i dobrą stronę, gdyż żadnych nieporozumień przez to niema, ani zbytnich dyskusyj i projektowania.
Rano więc około ósmej z kilkoma murzynami wyjeżdżamy w trójkę. Jedziemy cały czas stepem, droga doskonała, równa, więc ostro ciągle mkniemy jak po gazonie. Zdala widzimy stado wildebest’ ów, które z ciekawością nam się przyglądają. Step cały pachnie od kwiatów mimozy. Duże kępy tych cudownych drzew, co kilkaset metrów porozrzucane jak w najpiękniejszym parku.
Nagle omijając mały lasek, pierwszy raz spostrzegam żyrafy. Stadko, złożone z czterech sztuk, spokojnie się pasie, to jest na wysokość pierwszego piętra skubie listki mimozy. Wcale nie zwracają uwagi na turkot samochodu. Wolno podjeżdżamy w stronę stada. Na 300 kroków, nie schodząc z wozu, robię kilka zdjęć. Dopiero teraz żyrafy zaczynają się nami interesować, ale zupełnie nie przestraszone, raczej zaciekawione tym dziwnym dla nich stworem na czterech kołach. My zupełnie spokojnie siedzimy bez najmniejszego ruchu, tylko klapanie migawek aparatów fotograficznych suchym trzaskiem zdradza, że żyjemy. Nagle stary