Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


tabakę. Porcje, które naraz pakują do nosa, są tak olbrzymie, że słonia pobudziłyby do kichania. Rozdawnictwo tej rozkoszy odbywa się w zwyczajowo ustalonym porządku. Siedzimy przed naszymi namiotami, a wszyscy murzyni siedzą w kuczki wkoło nas. Z wielkiej blaszanej kilkokilogramowej paki dużą łyżką wsypujemy tabakę w wyciągnięte łapy. Obdarowany murzyn klaszcze w ręce na znak wdzięczności i podziękowania, a ponadto sili się na powiedzenie czegoś dowcipnego. Im lepszy koncept, tem lepsza dawka tabaki. Ja nie wiele ich rozumiałem, ale każdy murzyn tyle posiada mimiki w ruchach, że można się domyślić, o co chodzi.
Turniej wesołej elokwencji stale zdobywał woźnica od wołów. Młody ten chłopak w wysokim stopniu posiadał dar naśladowania swoich kolegów. Codziennie musiał nam pokazywać, jak poszczególni jego koledzy zachowywali się podczas lwich ataków. Szczerze nieraz tem nas ubawił, choć niebardzo to się podobało imitowanym. Przy rozdawaniu tabaki najzabawniejszy był nasz służący mulat. Z powodu jaśniejszej skóry o wiele więcej się cenił od reszty karawany. Nie brał on nigdy tabaki przy ogólnem rozdawaniu, twierdząc, że on tylko pali. Nie przeszkadzało mu to z zapałem wykradać zarówno tabakę jak i nasz tytoń i papierosy. Najmniej był sympatyczny z całej karawany, choć kilka już lat służył u Blake'a. Złodziej notoryczny, ale mój towarzysz patrzył przez palce na jego sprawki, bo jako służący i kucharz w jednej osobie był nie do zastąpienia, a szczególnie w dżungli.
Długo jeszcze tego wieczora, siedząc naokoło ogniska rozprawiamy. Ja opowiadam o moich wra-