Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


czeństwie niż wówczas przypuszczałem. Lampart przy piciu ciepłej krwi jest opanowany szałem zabijania i jest uważany ogólnie za najniebezpieczniejszego przeciwnika w dżungli.
Przywiązujemy biedne kudu do drzewa na przynętę. Na drugi dzień może zastanę lamparta znowu przy uczcie. Murzynom nakazuję milczenie, by ich braciszkowie i kuzyni nie połakomili się na smaczną pieczeń i syt przeżytych emocyj, wracam do obozu. Po obiedzie znowu jedziemy samochodem w step. A nuż lwa zobaczymy! Nauczony doświadczeniem, nie rozstaję się z moim wiernym mauzerkiem. Długo jeździmy po stepie, nic nie widząc. Widocznie moja wczorajsza kanonada wypłoszyła zwierzynę. Nawet nie widzieliśmy wildebest’ ów. Zdaleka dostrzegłem uciekającego szakala. Nie było nawet czasu zejść z wozu, tak zmykał do pobliskiego lasku. Bez rezultatu, z niewygodnej pozycji puszczam za nim dwie kule.
Po chwili, jak zając z pod samochodu wyrywa się drugi szakal, o wiele większy i jaśniejszy. Zeskakuję z wozu i drugim strzałem ruluję go w ogniu. Piękny samiec o srebrnym połysku sierści. Futro to nader cenione w handlu, nosi miano srebrnego szakala i należy do rzadkich. Przy zachodzącem słońcu wracamy do obozu. Po drodze mój towarzysz kontroluje sidła, zastawione na przepiórki. Wszystkie puste oprócz jednego, w które złapał się bażant. Dobre z niego jutro będzie pieczyste.
Bażanty tamtejsze mniejsze są od naszych. Upierzenie ciemnobrunatne i jednolite, trudno po upierzeniu rozeznać koguta i kurę. Po kolacji i chininie rozdajemy naszej karawanie tabakę. Murzyni rzadko palą, ale zato nałogowo zażywają