Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


gąszcz i wypadam na malutką polankę wśród gęstwiny. To co zobaczyłem, dech mi zaparło. Oto nie dalej jak o cztery kroki widzę wspaniałego lamparta, który wyprężony na zabitym kudu czai się do skoku. W tej chwili nad moją głową widzę skok zwierza, który cudownym łukiem ginie mi z oczu.
O strzelaniu mowy być nie mogło. Cała ta scena trwała sekundę. Teraz dopiero zrozumiałem, w jakiem niebezpieczeństwie się znajdowałem, gdyż lampart nie bardzo lubi, by mu ktoś w uczcie przeszkadzał, tem więcej, że tym razem lampart tak był przestraszony mojem nagłem pojawieniem się, że skok jego ponad moją głową był raczej nieświadomy. W każdym razie nie miał zamiaru mię atakować.
Ochłonąwszy z wrażenia oglądamy biedne kudu. Młoda łania, jeszcze ciepła, leży z przetrąconym krzyżem. Duża rana na szyi, z której ciągle krew płynie. Zaczynamy badać ślady. Teren w tem miejscu miękki i mokry, więc czytamy jak w książce. Pokazuje się, że lampart szedł za kudu, oddalony od nas nie dalej jak na 40 kroków i to przez kilkaset metrów. Zupełnie nie rozumiem, jakim sposobem ten tak czujny zwierz nas nie zwietrzył i nie słyszał. Przypuścić należy, że silny a korzystny wiatr dla nas utrudniał mu węch i słuch. Jako lepszy myśliwy prędzej podszedł zwierzynę, no i nie spudłował. Wypadek ten należy zaliczyć do rzadkich, bo każdy przyznać musi, że nie często zdarza się z lampartem w gąszczu przez dłuższy czas jednocześnie na tę samą zwierzynę polować i to w takiem wzajemnem pobliżu. Gdy później tę przygodę opowiadałem różnym myśliwym, każdy z nich twierdził, że byłem w większem niebezpie-