Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


VI

Około 5 rano jak zwykle konno wyruszam za kudu. Jak wczoraj zdążam do tego samego lasu. Niebawem, Sikabumba pokazuje mi zupełnie świeży ślad. To to samo stadko, któreśmy wczoraj spotkali, byk i trzy łanie. Idziemy więc wolno, przedzierając się przez ciernie. Nauczony doświadczeniem, mam na sobie grubą koszulę i długie automobilowe rękawiczki. Trochę to chroni przed kolcami. Po przeszło godzinnej wędrówce mam pewność, że stadko jest niedaleko. Sikabumba poznaje je po śladach, a ja... powonieniem. Przypomina mi się zapach karpackiego jelenia. Odbieram sztucer i sam już idę pierwszy po wyraźnym śladzie. Wiatr mam dobry a do tego pewność, że zwierz bardzo blisko i że lada chwila muszę go zobaczyć. Gąszcz jednak tak straszny, że z trudem mogę postępować. Często muszę zejść ze śladu, bo nie mogę się przedrzeć. Znowu trudności, by ślad na nowo znaleźć. Po chwili jestem pewny, że kudu bardzo niedaleko. Dzieli mię jednak mur cierni prawie nie do przebycia. Nagle o kilku kroków przed sobą słyszę łomot, bek i tętent oddalającego się stada. Czuję, że jakaś tragedja musiała się zdarzyć. Siłą, nie uważając na kolce, pcham się naprzód, z wściekłością rozgarniam gałęzie, nie zważając na ból. Ostatnim wysiłkiem przebijam się wreszcie przez