Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


którą od najmłodszych lat uważałem za podstawę wszystkich moich myśliwskich kroków, stanowczo i silnie opanowała rozszalałe nerwy. I nim zobaczyliśmy światło obozu w Anguesi, nietylko że nie żałowałem, że piękny czarnogrzywy lew gdzieś daleko zaszyty w nieprzebytych gąszczach cały i zdrowy wypoczywa po pościgu, lecz szczerze się z tego cieszyłem.
Nie taka dla ciebie, królu zwierząt, śmierć jest przeznaczona. Nie tobie zginąć pod kolami rozpędzonego samochodu, jak byle królikowi na drodze.
Spotkamy się raz jeszcze, lecz w równych szansach, oko w oko, w pełni dżungli, gdzie blask reflektorów nie będzie oślepiał twoich oczu. Będziemy walczyć z sobą, a gra ta będzie równa i szlachetna, a jeżeli zginąć ci przyjdzie, to w pełni walki, jak na króla zwierząt przystało, oko w oko i — od kuli.
Po godzinie szczęśliwie dojeżdżamy. Teraz dopiero odczuwam, siedząc na wygodnym fotelu i popijając whisky, szalone znużenie, po ciężkim dniu i przeżytych emocjach. Noc cudownie jasna, w pobliskiem jeziorku żaby wygrywają dziwne melodje, niewidoczne ptaki gdzieś w dżungli przeraźliwem kwileniem i piskiem ożywiają puszczę. Pewny, że tej nocy spać będziemy spokojnie w otwartym namiocie, strudzony wielce zasypiam, wsłuchując się w zmieszane odgłosy dżungli.
Budzę się późno, wypoczęty zupełnie. Podobno w nocy trzy lwy daleko ryczały. Pewno szukały swego towarzysza, któregośmy daleko od jego legowiska przepędzili.