Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


wysiłek i zawziętość w twarzy mego przyjaciela, wydobywa co może obecnie z maszyny — jeszcze kilka sekund, a lew musi się znaleźć pod kołami. Lecz nagle w całym pędzie najeżdżamy na niewidoczny w trawach wielki głaz. Duży skok, trzask łamanego resoru i stajemy jak wryci, robiąc w powietrzu obrót na 45 stopni. Wypadam z wozu w trawę, tłukę sobie mocno rękę. Słyszę przekleństwa mego towarzysza. Samochód stoi pochylony w rowie. Kilka metrów na prawo bylibyśmy wjechali w głęboki parów, a tam salto mortale byłoby nieodwołalne. Szczęśliwie nikomu nic się nie stało.
Dzielimy się nawzajem przeżytemi emocjami. Blake twierdzi, że jeszcze kilka sekund, a lew byłby nasz. Od lat bowiem jego marzeniem było tego rodzaju forsowanie lwa. Nie może sobie darować, że mu się nie udało. Cieszy się jednak bardzo, że mógł mi sprawić tak niebywałą emocję. Zaznacza przytem, że nie dużo ludzi na świecie mogłoby się poszczycić takiem polowaniem. Trudno opisać te chwile. Cała ta piekielna jazda trwała, jak potem stwierdziliśmy, przeszło 10 minut.
Oddaleni jesteśmy od obozu o kilkanaście kilometrów. Całe szczęście, że motor zaskoczył, wspólnemi siłami wydobywamy wóz z rowu i wolno, ze względu na złamany tylni resor, jedziemy w stronę obozu.
Krzyż Południa jasno i potężnie świeci nad nami. Lekkie opary kłębią się zwolna, jakby sinym całunem pokrywając świat cały.
W myśli rozgorączkowanej raz jeszcze przeżywam te niezwykłe przejścia i przebyte niebezpieczeństwa, lecz tak jak przed chwilą rozpacz mnie ogarniała na widok uchodzącego lwa w bezpieczne legowisko, tak teraz etyka myśliwska, ta etyka,