Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/11

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


tafli. Cieśnina coraz bardziej się rozszerza i przy samem ujściu do Kanału La Manche spotykamy jeden z największych okrętów świata, wspaniałego Majestica, który dumnie nas mija jakby z pogardą dla naszych 22 tysięcy ton, w porównaniu do jego 44 tysięcy.
Lecz oto pierwszy gong, zwiastujący, że czas się przebierać do wieczornego obiadu.
Jesteśmy już na pełnym morzu, o ile tak nazwać można ten wąski pas wody, dzielący Europę od Anglji. Trochę nawet zaczyna kołysać, ale podobno kanał, znany ze swej złośliwości i krótkiej fali, dziwnie tego dnia był łagodny.
Wchodzę po raz pierwszy do swojej kajuty i oczom nie wierzę. Cały mój bagaż, pozostawiony w tak wielkim strachu w przedziale kolejowym, znajduje się w mojej kabinie. Wszystko wypakowane, ułożone systematycznie i wygodnie dla podróżującego. Buciki przeczyszczone, smoking odprasowany, bielizna wieczorowa z założonemi spinkami i guzikami spoczywa na łóżku, a do tego miły i uśmiechnięty steward czeka za drzwiami, gotowy do pomocy.
Teraz dopiero zrozumiałem organizację angielską i jej wygody dla podróżnika. W takich warunkach to podróżować miło, gdzie wszystko naprzód jest dokładnie przemyślane, wyłącznie dla wygody pasażera.
Niebawem drugi gong zwiastuje, że obiad podany. Licznemi korytarzami podążam do sali jadalnej. Wspaniały maître d’hôtel prowadzi mnie do osobnego stolika, który natychmiast otoczony jest kilkoma kelnerami, czekającymi na zamówienie. Rozglądam się po sali. Z gustem urządzony ogromny hall, na dwa piętra wysoki, z dużemi,