Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


czujemy, że lada chwila musimy go dopędzić. Raz zupełnie się odwrócił i jakby chciał na nas skoczyć, lecz na widok pędzącej, szalejącej i buchającej parą maszyny znowu wbok odskoczył i zyskał kilka sekund, za chwilę znowu jest w świetle naszych latarni. Jest teraz nie dalej jak na 20 kroków. Przez dobrą chwilę mam możność obserwowania zbliska tego wspaniałego zwierza. Widać dokładnie, że dobywa ostatnich wysiłków, by ujść pogoni. Pod ciemną skórą widnieją przepyszne muskuły, skoki jego, choć wolniejsze, zmuszają nas do trzymania wielkiego tempa. Coraz częściej w pędzie odwraca swą wspaniałą czarną głowę. Widać, że światła go rażą i że nie bardzo zdaje sobie sprawę z odległości, która nas oddziela. Blake krzyczy, że za chwilę będzie na nas mimo wszystko szarżował. Miła perspektywa! Niech mu się skok uda, to z nas zostanie marmolada, bo o strzelaniu mowy być nie może. Mój towarzysz pociesza nas nadzieją, że skok nie może się udać, gdyż lew nie obrachuje szybkości wozu i musi wpaść pod koła. Trzymając się kurczowo pasa jedną ręką, wydobywam kolta, by w razie skoku à bout portant móc strzelić. Nagle, w największym pędzie samochód najeżdża na duże, w trawie leżące drzewo. W jednej chwili jesteśmy w powietrzu, przez ułamek sekundy zdaję sobie sprawę, że katastrofa nie unikniona, lecz dziw nad dziwem, spadamy na ziemię na cztery koła i dalej mkniemy. Lecz teren się psuje, kilka mniejszych rowów nasz Berliet jak koń wyścigowy przesadza. Duży kamień powoduje, że jedziemy przez dobrą chwilę na dwóch kołach i to zataczając piękny łuk. Oddala nas to znacznie od lwa, który kieruje się teraz ostatkiem sił do pobliskiego lasu. Chwila lepszej drogi — widzę