Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Byliśmy jak zahypnotyzowani tym niebywałym widokiem. Cudowna ta chwila trwała dosyć długo i dokładnie mogłem się napatrzeć na to przewspaniałe zjawisko. Nagle Blake zrywa się z miejsca, zakręca motor i całym pędem rusza w stronę oddalającego się lwa. W pierwszej chwili nie bardzo rozumiem, co to ma znaczyć. Ciemno prawie zupełnie i naprawdę teraz o strzelaniu niema mowy. Za chwilę rozumiem tę piekielną jazdę. Blake ma zamiar forsować Iwa i dostać go pod koła. Zaczyna się najbardziej fenomenalny par force i to za nie bylejaką zwierzyną! Kurczowo trzymam się naszych pasów asekuracyjnych, gdyż w dużym pędzie auto wyprawia szalone skoki. Mam wrażenie, że lada chwila musi się do góry kołami wywalić. Mimo to mój towarzysz jeszcze przyśpiesza tempa. Przestrzeń dzieląca nas od uciekającego teraz całym pędem lwa, zmniejsza się raptownie. Lecz już ciemno zupełnie. Zapalamy fary i łapiemy w światła lwa, który olbrzymiemi susami mknie w step.Widać, że chce się wydostać ze światła. Czasami mu się to udaje na kilka sekund, lecz zawsze go Blake znowu łapie. Mylenie doprowadza nas do rozpaczy. Tracimy kilka drogocennych sekund, przez ten czas lew zyskuje na nas po kilka metrów. Przez pierwsze kilka minut widzimy go stale na najwyżej 50 kroków. Zczasem przestrzeń stale się zmniejsza, mamy go znowu na 25 kroków. Nagły jego skok wbok i wyjście ze światła oddala nas znowu o kilkadziesiąt kroków. Trzeba nagwałt nadrabiać. Jedziemy cały czas w szybkości 45 km. Zapominamy o możliwości wywrotu, jakby gorączką opanowani, krzyczymy ciągle „prędzej, prędzej!“ Dokładnie znać już zmęczenie, lew coraz wolniej ucieka, często się ogląda i ciężko dyszy,