Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


nej broni ryzykować strzał do króla zwierząt i dżungli. To drugie przeważa. Schodzę z wozu. W jednej chwili krzyżyk jasnej i dobrej lunety spoczywa na komorze i w myśli zapisuję sobie „jeden lew“. Jestem zrozpaczony do tego stopnia, że już żadnych emocyj nie odczuwam. Świat cały w tej chwili przestaje mię interesować. Już nigdy w życiu chyba podobnego spotkania mieć nie będę! Siadam na swoje miejsce. Lew spokojnie stoi, gdzie stał. Gdyby chociaż uciekał, nie stoi i stoi jak na złość. Tłumaczę Blake’owi, że już nie widzę (a naprawdę już się ciemno robi) i że nie chcę ryzykować strzału. Blake wściekły tłumaczy, że tak wielkiego i czarnogrzywego lwa prawdopodobnie nigdy w życiu więcej nie spotkam, namawia mię, bym zaryzykował. Podaje mi swoją strzelbę, jednak bez lunety, bo nigdy jej nie używa, ale już ciemno prawie zupełnie i komory znaleźć nie mogę. Ostatnia to chwila. Blake wyrywa mi strzelbę, mierzy dokładnie, odkłada, mierzy znowu i rezygnuje ze strzału, poczem zwraca się do mnie z uprzejmym uśmiechem, wyrażając nadzieję, że jeszcze z tym lwem kiedyś się spotkam i to w lepszych dla mnie warunkach. Twierdzi dalej, że to ten sam lew, który został spłoszony mojemi strzałami a że napewno trzyma się stale w tej okolicy, więc spotkanie więcej jak możliwe. Coś mi tam jeszcze długo tłumaczył, ale dziwny szum miałem w uszach i dziwnie słono było mi w gardle. Rozglądamy się za lwem, przy ostatnich blaskach zachodzącego słońca, a król zwierząt spokojnie, wolno dalej w step postępuje; często przystając, rozgląda się na wszystkie strony, ale bynajmniej nie przestraszony, wspaniały, ufny w swą moc wielką, prawdziwy pan i władca dżungli i stepów.