Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


dzie. Miał jednak wrażenie, że po szóstym strzale jedna sztuka weszła w las trochę kolejąc. Dla pewności idziemy śladem, mając nadzieję farbę zobaczyć. Nabijam strzelbę. Widzę z rozpaczą, że tylko dwa naboje zostały mi po całej kanonadzie. Farby ani wildebest’a nie znajdujemy. Idziemy jednak jeszcze w głąb lasu, aż tu nagle mój towarzysz staje jak wryty, rzuca się na ziemię i dokładnie przy mroku, który już panuje, zaczyna badać ziemię. Po chwili wstaje i pokazuje mi zupełnie świeże i jeszcze ciepłe legowiska lwa. Widocznie moja strzelanina wypłoszyła go z legowiska i to nie dawniej jak kilka minut temu. Robi mi się zupełnie głupio. Mam strzelbę, z której do słonia na kilka kroków chybić muszę i dwa naboje, a tu lew może być o kilka kroków...
Wolno wracamy do samochodu. Widzimy go opodal, na nim stojącą postać pani Blake. Przyśpieszamy kroku i za chwilę jestem świadkiem niezmiernie ciekawego faktu telepatji. Pani Blake co roku towarzyszy mężowi w jego bardzo ryzykownych wyprawach i nieraz była świadkiem przeróżnych szarż słoni i lwów. Często sama znajdowała się w niebezpieczeństwie, przeżywając je z zupełnie zimną krwią i bez nerwów. Sam Blake przyznaje że jej odwaga i brak emocji nawet w najtrudniejszych i najniebezpieczniejszych chwilach zupełnie jest niezrozumiała. Naprzykład gdy przy wywróceniu się aeroplanu w Katinie silnie się potłukła, absolutnie nie dała po sobie poznać jakiegokolwiek przerażenia. Tak samo podczas wyżej opisanych napadów lwów na nasz obóz, najspokojniej cały czas się zachowywała. To też dziwnem nam się wydało, że teraz mocno była poruszona i zdenerwowana. Opowiadała, że po strza-