Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


strzału szarpnęło, a stado skłębiło się raptownie. Po strzale sztuka ani drgnęła. Repetuję mierząc z całą precyzją. Drugi strzał nie robi też większego efektu. Strzelam z tego miejsca pięć razy. Ani jedna, sztuka nie zaznaczyła. Zaczynam się wściekać. Nabijam pełen magazyn, przez ten czas stado oddaliło się spokojnie o kilkaset metrów. Bez trudności udaje mi się podejść je jeszcze bliżej. Przez ten czas mój towarzysz podszedł do mnie i widzę z miny, że nie bardzo jest mojem strzelaniem zbudowany. Cicho mu tłumaczę, że to nowa strzelba i że absolutnie w pudłowaniu nie moja wina. Uśmiechem dość ironicznym przyjmuje do wiadomości moje tłumaczenie. Radzi, bym nie wybierał sztuki, tylko wypalił w środek. Nie chodzi o żaden wyczyn myśliwski, tylko musimy mieć w tem miejscu przynętę. Nie dalej jak o 80 kroków zbita w jedną masę stoi część stada, złożona przynajmniej z 40 sztuk. Mimo strzałów z samochodu, zwierzęta wszystkie patrzą w stronę lasu.Nie namyślając się wiele, strzelam w sam środek stada. Znowu pudło, a cel jak chałupa. Strzelam jeszcze cztery razy. Po ostatnim strzale, nagle zwierzęta porwane jakby szałem, w tumanie kurzu przelatują tuż obok nas. Strzelam jeszcze raz w pędzie na bliski dystans, i znowu bezskutecznie. Zaczynamy kląć, ja w mowie ojczystej, mój towarzysz po holendersku i angielsku naprzemian. Za chwilę będzie ciemno. Idziemy zobaczyć, czy przypadkiem niema farby. Mr. Blake twierdzi, że wyraźnie słyszał, jak kule gdzieś wysoko nad lasem gwizdały i to na nieprawdopodobnej wysokości. Żałuję niezmiernie, że sam nie strzelał, ale był przekonany, że na ten dystans muszę trafić, więc zostawił swój sztucer w samocho-