Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


mochodem w tę stronę, by zabić wildebest’a na przynętę. Zacna pani Blake smaruje jodyną pokrwawione moje ręce i kolana. Piecze, lecz bohatersko to znoszę i rozpytuję o dalsze plany. Kilka miesięcy po powrocie do kraju miałem jeszcze porządne blizny, niektóre z nich długo się jątrzyły, nie chcąc się zgoić. Za chwilę wyruszyć mamy, bo za godzinę już się ściemni. Mój towarzysz ma prowadzić samochód, Pani Blake zabiera aparat fotograficzny, ja karabin. Jeden z moich znajomych prosił mnie, bym wziął z sobą jego nową strzelbę dla wypróbowania. Był to Manlicher 9 mm z lunetą. Bardzo ładnie i składnie wyglądał. Wziąłem ją z sobą, sądząc, że jeszcze jedna broń kulowa bardzo się może przydać w razie gdyby mojej się coś stało. To też tego dnia, mając strzelać do najpospolitszej zwierzyny, jaką jest wildebest, zostawiam starego mauzera i biorę pożyczonego manlichera. Jak gorzko przyszło mi żałować niebawem tej decyzji!
Po kilku minutach jazdy stepem spotykamy olbrzymie stado wildebestów. Zaczynamy je objeżdżać i wolno pędzić w stronę, gdzie Blake widział rano lwa, to jest w stronę lasku, oddalonego jeszcze o dobre dwa kilometry. Manewr dobrze się udaje i po kwadransie automobilowej nagonki antylopy zatrzymują się niedaleko lasu. Wysokie trawy pozwalają mi na łatwe podejście. Więc w kilka chwil bez trudu podchodzę całe stado, a było w niem jakich sto sztuk w odległości najwyżej stu kroków. Mam przed sobą kopiec termitów, który mnie dobrze zakrywa a do tego dobre oparcie. Chwilkę obserwuję stado przez lornetkę, wybieram największą sztukę i spokojnie z oparciem strzelam. Dziwnie mię jakoś podczas