Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


się w duży zapas cierpliwości, gdyż zawody tem bardziej przykre, że są zbyt częste, ciągle się zdarzają, i to zawsze w chwili, kiedy się już ma pewność strzału. Wolno więc i ostrożnie badamy ślady, nareszcie natrafiamy na względnie świeże. Długo lawirujemy w stosunkowo małym odcinku lasu. Wiem pozytywnie, że kudu musi być gdzieś niedaleko; ze śladów odczytujemy, że jest byk i trzy łanie. Widocznie nas poczuły, bo ciągle w koło krążą i starają się węchem mieć nas w stałej ewidencji. Wiatr narazie nieprzychylny, a że od dwu godzin spacerujemy w kółko, więc zmieniam system pochodu i wolno naszemi śladami cofamy się. Mimo fatalnego terenu i gąszczu strzelbę mam gotową do strzału. Po kwadransie spostrzegam nagle paradnego byka, który frontem do mnie stoi i to nie dalej, jak na 30 kroków. Przez sekundę widzę wspaniałe rogi, położone na grzbiecie zwierza, rozdęte chrapy i wzrok we mnie wlepiony. Cudowna ta wizja krótko niestety trwała. Jeden skok, odgłos łamanych gałęzi, tętent oddalającego się zwierza, oto wszystko, co pozostało z mego pierwszego spotkania się z tą królewską antylopą.
Zmęczony i wściekły odpoczywam. Pragnienie pali. Oby tylko koń jak najprędzej nadszedł. Po pół godzinie z gąszczów wychodzą nasi ludzie. Chwała Bogu, woda z worków, choć ciepła, wydaje się nektarem, chleb z mięsem wildebest’a smakuje niezwykle. Zapalam fajkę i wychodzimy z lasu, kierując się do obozu. Około drugiej nareszcie widzę jego dymy. Niebawem nadchodzi mój towarzysz. Autem objechawszy duży kawał stepu, widział zdaleka lwa, który skrył się w niedużym gęstym zagajniku. Mamy natychmiast wyruszyć sa-