Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


z moich oczu. Podziwiam mego konia, który po strzale ani drgnął. Specjalnie był przez mego towarzysza do strzałów trenowany. Wolno idę w stronę antylopy. Żyła jeszcze, lecz kulę miała w samym środku karku. Z przebitej tętnicy krew na dobry metr tryskała. Z odległości kilku kroków dobijam ją. Rogi piękne niestety krowa. Zostawiam jednego murzyna, by ściągnął skórę, zabrał rogi i dał znać w obozie, by po mięso przysłali, sam zaś udaję się dalej w drogę, by jak najprędzej dotrzeć do lasu, który już zdala straszy swemi ciernistemi drzewami. Po chwili schodzę z konia i zaczynam się przedzierać przez gąszcze. Przez cały czas mego pobytu polowałem na kudu w następujący sposób: Przede mną szedł tropiciel ze strzelbą, po nim ja, a koń wraz z resztą ludzi dobry kilometr za nami. Podziwiałem nieraz zmysł orjentacyjny murzynów. O ile często gubili ślady zwierząt, to jednak nigdy nie zdarzyło się, by reszta karawany w tym zwartym gąszczu nie szła naszym śladem, mimo, że ciągle kołowaliśmy w lesie, często zupełnie zbaczając z pierwotnie obranego kierunku. Po pewnym czasie zawsze koń i reszta ludzi nas odnajdywała. Shikari pilnie uważał na ślady i jeżeli natrafił na świeży trop, to już cały czas poświęcaliśmy tym tropom, chodząc często godzinami za niemi. Jest to jedyny sposób podejścia tego mądrego zwierza, dużo jednak zależy od przypadku, a to z powodu wiatru, który szczególnie w lesie często zmienia kierunek. Nieraz zdarzało mi się, gdy podchodziłem kudu, że już znajdowałem się od nich o kilkanaście kroków! Nagle wiatr zmieniał kierunek — tętent — i stado w popłochu uciekało, a raz spłoszone, nie łatwo było znowu spotkać. Myśliwy musi zaopatrzyć