Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


się z tym panem spotkać. W snach i na jawie, ciągle mię ten czarnogrzywy lew prześladował. Długo jeszcze tej nocy komentowaliśmy przeżyte wrażenia. Dla pewności obeszliśmy dalej oddalone zagrody, lecz bydło i konie a co najważniejsze osły zupełnie już były spokojne, więc widocznie lwy przepłoszone daleko odeszły.

Niebawem ma świtać, więc spać już nie warto. Wolno ubieram się, każę konia siodłać i jeszcze przed wschodem słońca chcę wyruszyć. Mam zamiar dotrzeć do dużego ciernistego lasu, oddalonego od obozu o 10 km. Jest to kraina wspaniałej antylopy kudu (Strepsicorus capensis), niezmiernie trudnej do podejścia, a odznaczającej się wspaniałemi rogami w kształcie liry. Z wszystkich antylop afrykańskich kudu tak co do rogów, jak z powodu trudności dojścia do strzału uważana jest ogólnie za najpiękniejsze trofeum. Mam ze sobą trzech murzynów. Sikabumba, główny chikari, niesie strzelbę, dwaj inni wodę, aparat fotograficzny i inne drobiazgi. Po półgodzinnym marszu nagle rozjaśnia się i w tej samej chwili widzę o 60 kroków w trawach łeb antylopy. Błyskawicznie zeskakuję z konia, chwytam strzelbę, lecz trawy wysokie — na kilka kroków chyba tylko słonia mógłbym dojrzeć. Sam nie wiem, co robić. O podchodzeniu mowy niema w tym gąszczu; wolno i najciszej gramolę się na konia, by z tej wysokości ewentualnie móc strzelić. Ku mojej radości antylopa stoi spokojnie. Po jej dużych, w tył zagiętych rogach i kształcie szyi poznaję piękną antylopę rohan. Spokojnie mierzę w kark, strzelam — a antylopa najspokojniej dalej patrzy w moją stronę. Nagwałt repetuję i drugi strzał zmiata ją