Strona:Stanisław Mycielski - W sercu dżungli.djvu/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


szcze kartkę do znajomych lub nadać depesze. Wielkie dźwigi okrętowe skrzypiąc, podnoszą jak piórko wielkie pakiety kufrów i pak. Wszystko to znika w czeluściach bezdennych okrętu.
Lecz oto pierwszy sygnał grubo ryczącej syreny. Czas pożegnać ląd stały i przejść do okrętu, który zamieni się niebawem w przymusowy dom, z którego przy najlepszej woli wyjść nie będzie można, i to przez równe 22 dni.
Zwinnie wciągają schodki, łączące nas jeszcze z Europą: ostatnie pożegnania, polecenia, ryk syreny, i dwa małe potworki, buchające czarnym dymem, powoli, ostrożnie odciągają okręt od mola, by go odholować od brzegu i następnie wziąć na swój pokład pilota, który wyprowadzi nas z portu, dzierżąc ster Carnarvona.
Cała publika, oparta o parapet, wpatruje się w stronę, gdzie pozostali najbliżsi, jeszcze chwilę widnieją białe chustki w ciągłym ruchu, postacie maleją i niebawem nikną zasłonięte dymami licznych przesuwających się okrętów.
Muzyka okrętowa z całym zapałem wygrywa huczne marsze, ale nikt jej nie słucha. Nawet ci, co mało pozostawili w kraju, serca czy pamięci, poważni są i jakby zadumani nad tą wielką wyprawą i niezbadanym losem, mogącym ich kroki, i to inne, nowe życie ukształtować.
Zbliża się do mnie mój steward i prosi o klucze od kufrów. Chwała Bogu, myślę sobie, widocznie moje rzeczy jadą, a właściwie płyną ze mną.
Sam wyjazd z portu cudowny, ruch ogromny, dziesiątki małych okrętów, jak mrówki uwijają się po spokojnej toni, liczne hydroplany jak duże ćmy planują nad wodą, oblatują nasz okręt, by po kilku zgrabnych spiralach lekko osiąść na wodnej