Strona:Stanisław Grochowiak - Wiersze wybrane.djvu/394

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


(Tak podobno pozdrawiali się Starożytni
W krótkich okresach między wojnami).

Zbliżył się i najpierw dotknął mojego policzka,
Na którym mam bliznę od drzazgi przy rąbaniu drzewa,
Potem chybotał się leniwie
Z nogi na nogę,
Jakby szukał czegoś w myślach.

I wykonał ten gest.



VI

Dziesiątego września w pięćdziesiątym czwartym
Nie zastali mnie przyjaźni w domu.
Oto stawiałem łagodny opór Człowiekowi z UFO,
Który najwyraźniej zamierzał mnie pocałować.

O la, la, la — to wcale nie jest takie ścisłe.
Powinienem powiedzieć raczej:
Który zbliżył się do mnie poza granice poufałości,
Jaka przystoi mężczyznom.
Nie lubię tego nawet po alkoholu. Wstyd.
I delikatny wstręt, jaki odczuwam przy zetknięciu się z męskim zarostem,

Wystawia na ciężką próbę
Moje pojęcie przyjaźni.
Często z tych pieszczot w oberży wynosiłem krew na wargach.