Strona:Stanisław Grochowiak - Wiersze wybrane.djvu/389

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Aż tu nagle Sołtys — nad podziw wybałuszony —
Wypłynął na powierzchnię i jął suchą stopą
Przechadzać się tam i z powrotem po klarysewskich bałwanach.

„A czy wiecie, niegodni, że w skarbcu Ermitażu
Leży Meisterverck z drewnianym werkiem?
Nie znajdziesz w tym chronometrycznym kurduplu
Ni grama żelaza,
Nawet sprężyna jest cała z hebanowej strużyny.

Wszyćkie Regalia Carów Groźnych i Wielkich;
Caryc i carówien
Agrafy,
Guzy,
Szpile,
Złotem przetykane famurały Carewiczów —
Za jaje stoją przy tym wystruganym cacku”.

Tego za wiele było na Klarysewkich. Nagle wielką ławą
Runęli na Heretyka i pomieszali szyki —
Ledwo się Sołtys za kapeluszem obejrzał,
A już mu Ignac rower podsuwa
I radzi grzecznie salwować się ucieczką.

„Nieprzegapiona niedziela” — rozpedałował się Sołtys,
I widać było, że ogromnie rad.
A że w lesie zmierzchało, wnet objaśnił drogę
Wybronionym w burdzie
Kagankiem oświaty.