Strona:Stanisław Grochowiak - Wiersze wybrane.djvu/378

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Chciał matkę zabić młotkiem,
buldożer go zeżarł


Jakże nam teraz bardzo zważniał:
Cóż, że cały okryty obelgą jak siecią rybacką,
Leży gladiator na sarkofagu chodnika
W ryżym szczeciniastym szyszaku, strzyżonym krótko: na zapałkę.

Ramiona rozłożył swobodnie, objawiając lekko spulchnione wierzchy dłoni,
Tors — wstydliwie oblany łagodnym kolorem morskiej wody —
Padał na widok publiczny z godnością.
Stopy przekrzywił czubami do środka, jakby miał to od dawna
przemyślane na wypadek śmierci..

Jakże nam teraz bardzo zważniał:
Jeszcze przed chwilą pijany frant, który wrócił z wojska,
Z niecierpliwością wysłuchał trzech antyfontann płaczu matki,
Ojcu zaś zafundował tyleż głodnych kawałków z ostatniego poświstu,
Zjadł peklowane,
Zakąsił małosolnym,
Spłukał cysterną samorodnego.

I zwada!
Honor mu nadepnięto, przekrzywiono na bakier
Charakter złoty. Utoczono mu juchy
Z żył serdecznych. Splugawiono chorągiew wysoką