Strona:Stanisław Grochowiak - Wiersze wybrane.djvu/293

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pierwsza:
A skoro już przeliczym
Czy co nie ubyło
Lub — nie daj Bóg — przybyło w tej naszej pasiece
Z całą czeladzią — jak sam Cysorz z wojskiem —
Hajda na wroga

Druga:
Byleby dzieciom smarków nie ucierać
Dzieciak ze smarkiem to pewna sirota

Pierwsza: (już płacząc):
Więc niebożątko żona na kolana pada
Dzieci przygarnia Policmajstra po kolanach całuje
Słyszysz pani ten krzyk kochana pani Majewska
A chłopy stoją

I tak — rzuciwszy obraz — padają sobie w ramiona
Niepocieszone Nieszczęsne Istoty
Pod biczem Bożym,
Pod pięściami mężczyzn
I pod gorszym niż płomień piekła
Tchnieniem Genijusza.


Nadchodzi już czas sjesty. Czyni go pomału
Spowite kurzem słońce — ta Gwiazda Upału.

I południe dojrzałe, i senność to czyni,
Jak pan Jezus kramarzy goniący z świątyni.