Strona:Stanisław Grochowiak - Wiersze wybrane.djvu/188

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Które gasiłem rozjątrzoną dłonią;
Aż słońca połkną spieniony ocean,
Który nas wznosił — sczepionych na tratwie...


III

To były inne pagóry; też inna,
Podlejsza rzeka żebrała ich łaski;
Były — pamiętasz? — krajobrazy liche,
Które słowiczy omiatał języczek.
Tutaj już pora srebrnych skroni wzeszła,
Tu dzwonią w gajach pękające drzewa.

Więc się nie wpraszaj. Przymilnym paluszkiem
Nie chodź po szybach niewidomych z mrozu;
Ślady twych włosów na jutrzennym śniegu
Stróż nasz roznosi wiklinową miotłą;
Wiem: pewnej nocy próbowałaś krzyknąć,
Sąsiad zdjął fuzję, wytropił zająca.

A potem byłem przy łupieniu kota;
Widziałem nagość pośladków zajęczych,
Kucharz mi wskazał gicze, wątpia, comber,
Kuśnierz pochwalił atłasowość sierści.
Więc się nie wplątuj w sidła zastawione
W tych nowych lasach, urodzajnych w żniwo.

Bo jestem z nagła bogaty utratą,
Idę gorący na tłach pokostniałych,
Znów czuję zapach: sterylnych pościeli,