Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/9

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


sam siebie i nazwał cynikiem oszustem i traktując podobnie przesadnie straszył kryminałem (traktując poważnie tę zabawę i siebie w niej, — ale tu się właśnie stąd zaczyna sprawa poważna naprawdę —)), schował ten rewolwer u siebie na strychu, pożyczyłem mu (koledze z lat szkolnych) z miesiąc przedtem i chciałem odebrać i szukając go znaleźliśmy walizkę a w niej przyrządy do sztuk magicznych i parę plakatów zapowiadających — z wyliczeniem sztuczek i tych różnych numerów — znanego i wybitnego magika — Występy wybitnego i znanego w kraju i za granicą magika-iluzjonisty — i te wiersze w maszynopisach, o których myślałem że to jakieś teksty magiczne (zaklęcia?), inaczej by mnie nie zainteresowały, żadne wiersze mnie wtedy nie obchodziły, kolegę nie obchodziły nawet i magiczne i mogłem sobie je wziąć, przeglądałem je wieczorami, tylko ze względu na ich jak myślałem magiczność, nie żeby mi się podobały, lecz któregoś wieczoru pewne w nich miejsca zaczęły mi się podobać, były w moim rozumieniu tej sprawy dość poetyckie, reszta była nijaka (w moim wtedy rozumieniu a nie czytałem dotąd wierszy prócz obowiązkowych w szkole — i z niej chyba miałem to świetliste widzenie artystów o ile miałem) i całe wiersze gdy chwilami patrzyłem nie jak na magiczne uważałem za nieudolne i głównie stąd niezrozumiałe i gdy przyszedł mi pomysł wydrukowania zacząłem je poprawiać (i zastanawiając się wtedy jak ten pomysł zrealizować zapytałem w kiosku z gazetami o jakąś z wierszami, kioskarz podał mi pismo literackie, zdumiało mnie że takie istnieją, stamtąd wziąłem potem adres i pojechałem ale natknąłem się na dom z tablicą ich