Strona:Stanisław Czycz - And.djvu/58

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


żeby to była kurwa — już chyba wtedy zaczynałem lubić coś zdecydowanego — zresztą tego w tamtej chwili nie myślę, myślę tylko o tym co ma nastąpić — czekam na nią, wiem że przyjdzie i że właśnie w tym celu, czekam, jest noc, i że zaraz to nastąpi, ona przyjdzie, i kiedy jej jeszcze nie ma, i później gdy już ją dostrzegam, ta wzbierająca i znowu wzbierająca fala upału pomieszanego z zimnym dreszczem, — a potem leżę obok tej całkiem mi obcej i jak widzę nagle szpetnej dziwy, i jest mi jakoś źle i nie wiem jak odejść, co powiedzieć, chcę być sam, jak najprędzej sam, i gdy ona ciągle mnie jeszcze całuje jest nagle mgnienie myśli o uduszeniu jej i rozglądam się nawet czy jesteśmy dość daleko od domów czy ktoś mógłby usłyszeć gdyby zdążyła krzyknąć,
ten słoneczny sierpień, prawie wszystkie jego wieczory, wieczory często przeciągające się w noc, chodzimy do lasu, bawić się w pazia i królową, na jednej z zabaw zobaczyłem ją pijaną i jeszcze domagającą się wódki, więc pomyślałem że musi lubić nie tylko wódkę, w pazia i królową przez tyle wieczorów i najwyżej mogłem ją pocałować, miałem co najmniej osiemnaście lat, ona chyba też (co prawda ona już zdrowo smakowała rzeczy tych mocniejszych, a ja, ja byłem może prawiczkiem a w najlepszym razie — nawet gdy noc z tamtą niezupełną kurwą była wcześniej bo nie pamiętam — półprawiczkiem, tych rzeczy jak się później dowiedziałem smakowała już zdrowo i najwidoczniej zachciało jej się wreszcie innej zabawy (może jako urozmaicenia, albo takiego wstępu do zaraz potem chędożenia się z innym do rana), a ja — co najmniej osiemnaście lat — naprawdę to przeżywałem, paź i królowa wydawało mi

58